sobota, 3 października 2015

Od Rosemary

"Paryż, Francja, 1757
        Rozpaczliwie ściskając palcami krawędź stołu, Marguerite Piccard poddała się zalewającej ją fali podniecenia. Dreszcz przeszył jej ramiona. Przygryzła dolną wargę, by zdusić jęk rozkoszy.
- Nie powstrzymuj się - nakazał jej kochanek - Twój jęk doprowadza mnie do szaleństwa.
        Podniosła wzrok i spod przymkniętych z rozkoszy powiek, błękit jej spojrzenia napotkał"
- Hej Rose ! - głos mężczyzny spłoszył mnie, lekko odskoczyłam prawię upuszczając książkę. - Hehe. Nie mów że Cię przestraszyłem. - Uniósł jedną brew, uśmiechając się przy tym.
- Jeżeli bym się zlękła już dawno byś nie żył. - kącik moich ust lekko się uniósł, kiedy chowałam książkę do małego plecaczka.
- Fakt. - burknął uśmiechnięty. - Najwidoczniej ktoś nas ubiegł, - wbiłam w niego wzrok - lub zwierzęta już wszystko zjadły - miał rację, jak nie zwierzęta to Ci Beznadziejni utrudniają nam życie. Do kitu, ale cóż. Trzeba żyć dalej. Trzeba jakoś wydostać się z tej wyspy.
- Eh.. wracajmy do muzeum. Odpuśćmy sobie. - powiedziałam kiedy wyszliśmy z jednorodzinnego domu. Raczej opuszczonej budowli.
- He ? Przecież Beznadziejni nie odpuszczą !
- Co z tego ?
Patrzył na mnie niepewnie.
- Lepiej wróćmy. Nikogo nie ma w obozie, teraz z łatwością mogą zakraść się do środka. Wtedy mielibyśmy kłopoty.
Wiedziałam że Roberto woli dalej przeszukiwać miasto. Jest ogromne, a my mamy sporo czasu na przeszukanie go. Chciałam wracać. Miałam złe przeczucia.
Po godzinie szybkiego przemieszczania się byliśmy już prawie u celu.
- Rob. - złapałam chłopaka za ramię i zatrzymałam każąc mu kucnąć.
To był James i jakaś kobieta. Starali się znaleźć wejście do muzeum.
Rozejrzałam się i wdrapałam się po cichu na drzewo.
Napięłam łuk i wzięłam oddech zamykając oczy. Podniosłam powieki, wypuściłam powietrze i puściłam cięciwę. Strzała przecięła powietrze koło policzka Jamesa.
Mężczyzna gwałtownie się odwrócił spoglądając w moim kierunki.
Kobieta coś powiedziała lecz stałą tyłem więc nie mogłam odczytać co rzekła, lecz dobrze zrozumiałam co powiedział on "Ona nigdy nie chybia. To ostrzeżenie".
Miał rację. Znał mnie na tyle dobrze żeby wiedzieć nie zabije go dopóki to on nie zaatakuje.
"Wynoś się"
Moje oczy niosły śmierć.
"Wynoś się" naciskałam.
Machnął ręką na dziewczynę i odszedł.
Czekaliśmy godzinę po ich odejściu, wtedy spokojnie weszliśmy tajnym wejściem do muzeum. Nasza osada była bezpieczna.

<ktoś ?>



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz